Beskid Niski

Beskid Niski to była całkowicie moja wyprawa. Pomysł i plan, bo realizacja oczywiście wspólna. Tak się zakręciłam na ten Beskid, że w ogóle nie wzięłam pod uwagę dwóch czynników: pogody i ukształtowania terenu. Długi weekend majowy pogodą, jak wiadomo, nas nie rozpieścił i pomimo kilku cieplejszych i słonecznych momentów przeważały chmury i deszcz.  Deszcz dał nam w kość zwłaszcza drugiego dnia, przez co musieliśmy zweryfikować plany i zamiast jechać tam, gdzie nic nie ma, uciekliśmy w stronę cywilizacji. Przestało padać co prawda koło południa, ale jazda w mokrych butach przez resztę dnia i tak nie należała do przyjemnych. A teren? No przecież to góry, niskie, ale jednak góry. Tak się cieszyłam na tą wycieczkę, że zupełnie o tym zapomniałam. 🙂 A podjazdów było sporo. Chwilami mieliśmy nawet wrażenie, że są przeważające, chociaż kilka niezłych zjazdów też zaliczyliśmy. Szkoda, że Beskid Niski tylko trochę zahaczony, jednak jest to dodatkowa motywacja, aby tam szybko wrócić, a mapę już mam. 🙂 Ale po kolei.

Pojechaliśmy w czwartek wieczorem pociągiem do Tarnowa, tak żeby w piątkowy poranek już być na miejscu. Kemping w środku miasta zaskoczył nas bardzo pozytywnie, niestety nie pozwolono nam zapalić ogniska, DSC_6750co zdecydowanie wpisaliśmy im na minus. No i dziwna cena 37zł. Ale łazienki po remoncie, brak ludzi na polu i cisza mimo bliskości centrum miasta – jestem bardzo na tak. Oczywiście jak zwykle mieliśmy problem z wyjazdem z miasta i jak zwykle gdzieś nie skręciliśmy dobrze, dlatego jeszcze przed śniadaniem udało nam się wtargać razem z rowerami na Górę św. Marcina. Podobno są tam jakieś ruiny zamku, ale nie udało nam się na nie trafić. Do wtedy nawet nie wiedzieliśmy, że Tarnów ma jakąś górę i niegdysiejszy zamek, więc i tak jesteśmy bogatsi w nową wiedzę. Od kiedy przestawiliśmy się też na wożenie jedzenia ze sobą mamy dowolność czasu i miejsca posiłków, dlatego śniadanie zjedliśmy pod jakąś kapliczką (zawsze mają tam ławki :-)) z piękną panoramą na Pogórze. Jechaliśmy do Ropy, gdyż tam się nam zaczynała mapa, więc trochę w deszczu, trochę w słońcu pomalutku pokonywaliśmy kolejne kilometry i podjazdy. Po drodze minęliśmy kilka zabytkowych kościołów i małych, zadbanych miasteczek. Z Ropy do Uścia Gorlickiego trasa prowadzi obok jeziora Klimkowskiego i gdyby nie to, że pogoda była „nie-za-bardzo” to pewnie zaleglibyśmy tam na dłuższą chwilę. A później to już bajka. Mapa mówiła, że jest niebieski szlak rowerowy, prowadzący aż do schroniska na Magurze Małastowskiej, gdzie chcieliśmy się zatrzymać na noc, więc nim pojechaliśmy. Tu już było tylko pod górę. W pewnym momencie już zrezygnowałam i postanowiłam sobie trochę rower podepchać. Brat niby się nie zmęczył, ale poszedł szybko w moje ślady. 😉 Od razu zrobiło nam się ciepło i oczywiście znaleźli się kibice z okolicznych domów, dopingujący nas, dopóki nie znikliśmy za następnym wzniesieniem. :-)) Po dotarciu pod górę znaleźliśmy nawet znaki na schronisko i tylko przez wyjątkową dociekliwość również znak z niebieskim szlakiem rowerowym (zardzewiały i schowany za drzewami). Mogliśmy pojechać drogą i trochę nadrobić, ale wiązałoby się to też z podjazdem na koniec, więc ostatecznie wybraliśmy szlak kiedyś rowerowy, obecnie raczej konny. Dla rowerzysty droga niemalże nie przejezdna, a z sakwami to już masakra. Trawa wysoka, miejscami rozjeżdżona przez kłady i ciągle pod górkę. Tutaj już rower pchałam ostatkiem sił. Kiedy dotarliśmy do następnych znaków, z 5km do schroniska zostały nam dalej 3. No ale to zawsze bliżej niż dalej, a że ściemniać się zaczęło to i mobilizacja się zwiększyła. Ostatni odcinek szlaku wije się tutaj między drzewami, ścieżka jest tak rozjeżdżona przez konie, że praktycznie jechać się nie da, a i prowadzenie ciężkiego roweru miejscami też do łatwych nie należy. W końcu wyszliśmy na asfalt i stąd już dość szybko dotarliśmy do schroniska, choć i tak prawie je przegapiliśmy. W schronisku taki tłum ludzi, że się wejść nie dało, a przed dwa równoległe ogniska inaugurujące długi weekend. Było tłoczno, głośno i wesoło. Rozbiliśmy namiot, upiekliśmy u bliższych sąsiadów kiełbachy na ognisku, wypiliśmy piwko i do spania.DSC_6782

Trasa w większości po asfalcie: Tarnów – Tarnowiec – Pleśna – Siedliska – Gromnik – Ciężkowice – Bobowa – Stróże – Gródek – Ropa – Uście Gorlickie – Nowica – Schronisko PTTK na Magurze Małastowskiej; Dystans: 106 km

Całkowity dystans: 108.82 km
Najwyższy punkt: 732 m
Najniższy punkt: 200 m
Średnia prędkość: 13.32 km/h
Pobieranie

Od 5 rano zaczął padać deszcz i już było wiadomo, ze ten dzień się szybko nie zacznie. Sąsiadów z namiotu obok zalało, bo im się linka obluzowała w nocy i się przepakowywali, przenosili i marudzili od świtu. Przez ten deszcz nie mogliśmy się podnieść do 9, co praktycznie nam się nie zdarza. Ale w końcu co było robić, trzeba zwłoki zebrać, spakować dobytek i ruszać w dalszą drogę. Gdyby nie deszcz, to zjazd ze schroniska na Przełęcz Małastowską i dalej aż do Ropicy Górnej byłby jednym z  moich najlepszych dotychczasowych zjazdów. Dotąd takie zjazdy to pamiętam z Bieszczad, no i może w Tatrach coś by się znalazło. 😉 Jednak gorsze od deszczu było to, że wieczorem schowałam sobie gdzieś licznik i dopiero po zapakowaniu wszystkiego odkryłam, że go nie mam, więc cały dzień jechałam bez. Przy zjeździe pobiłam na pewno swój rekord prędkości i teraz nikt mi nie uwierzy, że jechałam ponad 60 km/h. Tyle dobrze, że jest jeszcze Endomondo. 😉 W Sękowej trafiliśmy na duże wydarzenie. Rekonstrukcja Bitwy pod Gorlicami w jej setną rocznicę. Tłumy ludzi ubranych w stroje z czasów pierwszej Wojny Światowej bardzo nas zaciekawiły, szkoda tylko, że deszcz nie ustępował, bo inaczej na pewno zatrzymalibyśmy się tam na dłużej. Na śniadanie stanęliśmy pod małym, drewnianym kościółkiem z XVIw, w tejże Sękowej, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a to nie byle co. Faktycznie kościółek bardzo ładny. Uwielbiam takie miejsca – z każdego kąta czuć wielowiekowy klimat. Dzisiejsze kościoły się nie umywają. Niestety było bardzo dużo turystów, a my przemoczeni i ubłoceni nie nadawaliśmy się za bardzo do bliższego zwiedzania. To, czego nie zobaczyliśmy, doczytałam i dooglądałam w Internecie, więc chyba wiele nas nie ominęło. Ale na prawdę warto zajrzeć jak będziecie w pobliżu. W tak zwanym międzyczasie, deszcz przestał padać i do Gorlic dojechaliśmy bardzo szybko. A tam na Rynku zlot samochodów zabytkowych i konkurs na ten najbardziej zadbany. Siedliśmy więc przy kawie aby pooglądać co nieco, jednak ludzi było tak dużo, że za wiele to nie zobaczyliśmy. 🙂 Siedziało się dobrze, ale do Sącza samo się nie dojedzie, toteż czas było ruszyć dupy i wsiąść na rower. I jak myślicie czy droga była cały czas pod górkę? TAAAK!!! Oboje byliśmy już tymi podjazdami na maxa zmęczeni, pod koniec to częściej pchałam rower niż jechałam.  Ostatnie 8 km za to były już tylko w dół, stąd w Nowym Sączu DSC_6819byliśmy dosyć wcześnie (było jeszcze jasno!!) i bez zbędnego błądzenia szybko trafiliśmy na kemping. A tam barany! Nie mamy niestety zdjęcia, bo uznałam, że do rana przecież nie znikną, a zniknęły. Normalnie na terenie kempingu mają tam zagrodę i trzymają w niej barany, sztuk 4. Tak głośno beczały wieczorem, że jak byłam się kąpać to słychać je było nawet pod prysznicem. 😉 Przed nocą zapędzili je do pomieszczenia na zapleczu i tyle je widzieliśmy. Udało nam się też załatwić z bratem właściciela, pozwolenie na ognisko, wieczorem więc były pyszne kiełbaski, a i buty udało się trochę podsuszyć. 🙂

Trasa: Schronisko PTTK na Magurze Małastowskiej – Ropica Górna – Sękowa – Gorlice – Bystra – Szalowa – Wojnarowa – Korzenna – Librantowa – Nowy Sącz; Dystans wg Endomondo: 72 km

 

Całkowity dystans: 147.12 km
Najwyższy punkt: 19999 m
Najniższy punkt: -148 m
Średnia prędkość: 18.66 km/h
Pobieranie

 

Kolejny poranek rozpoczął się gęstą mgłą, tak gęstą, że ledwo było widać kampery stojące kilka metrów od nas. Niespiesznie się więc snuliśmy po polu, wietrzyliśmy namiot i nawet poranna toaleta, wyjątkowo była dokładniejsza niż mycie zębów i twarzy zimną wodą. 😉 Pogadałam trochę z sąsiadami i się zawinęliśmy. Po powrocie do domu wszystko dalej śmierdziało mi baraniną i nie obyło się bez dokładnego wyprania wszystkiego, łącznie z sakwami, śpiworem i butami. Mam nadzieję, że Brat nie zapomniał o namiocie, bo inaczej słabo widzę kolejny wyjazd. ;-P Do Limanowej dotarliśmy dość szybko, a że słonko świeciło to skusiliśmy się na lody przy Rynku. Posiedzieli, pojedli, pojechali i zaraz się musieli zatrzymać, bo Brat złapał gumę. Pierwszy postój jakieś 0,5 km od Rynku. Zmienianie dziurawej dętki na … dziurawą dętkę. No tak jakoś wyszło, że taką używaną tylko miałam ze sobą, w dodatku z niezalepioną dziurą. Następny postój, jakieś 0,5 km po poprzednim. Powietrze zeszło, co nie powinno nas za bardzo zdziwić, a zdziwiło. Szukamy stacji – nie ma. Nie dość, że niedziela to jeszcze święto. Co było robić. Brat musiał prowadzić rower i obliczyliśmy, że jak będzie szedł cały czas w tempie 6 km/h to na rano powinniśmy dojść do domu. :-/ Słaba opcja. Zaraz jednak znaleźliśmy rzeczkę z dojściem do niej. A skoro jest woda, to i dziury się znajdą. Pozalepialiśmy wszystko, zdążyłam się nawet zdrzemnąć w międzyczasie – taki mocny klej, że po pół godziny trzeba było łatki trzymać. I pojechaliśmy. Po paru kilometrach pod górkę, a jakże, okazało się, że jednak daleko to my nie pojedziemy, bo Bratu opona się trochę rozjechała. Trzeba było zwolnić tempo i skrócić zaplanowaną trasę. Wybór padł na Wieliczkę, gdyż stamtąd jeździ pociąg na Kraków. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się w Łapanowie, nad rzeczką, na obiad. Kiełbaska i kotlet mielony z ogniska, po całym dniu niejedzenia smakują na prawdę wybornie. 😉DSC_6830 Za Łazanami, kiedy Wieliczkę już już widzieliśmy z górki, nie wiem co nas podkusiło, żeby pojechać ścieżką rowerową. Najpierw nie mogliśmy jej znaleźć, później skręciliśmy na błotnistą, wyboistą drogę koło jakiegoś domu, gdzie pies prawie budę wyrwał żeby się na nas rzucić. A na koniec znaleźliśmy ścieżkę, która była rozjeżdżona ciągnikiem, ale za to była w dół. I chyba tylko to w dół nas przekonało do zjechania nią. I oczywiście na samym dole okazało się, że ścieżka kończy się w rzece, a szlak rowerowy przejeżdża brodem (???) i za rzeczką idzie dalej pod górkę. Odwrót, wszystko znowu w błocie i pchanie rowerów z powrotem do góry. Umawialiśmy się wcześniej, że żadna gruntówka już nie wchodzi w grę, i co? I oczywiście jak znaleźliśmy gruntówkę to pojechaliśmy nią, jak te konie na oślep. Niektórzy nigdy się nie nauczą. ;-)W związku z powyższymi wydarzeniami pozostał lekki niedosyt, bo moglibyśmy spokojnie dojechać do domu przed nocą, gdyby nie ta uszkodzona opona. Ale nic to, dzięki temu wiemy, że pociąg z Wieliczki na Główny krakowski dworzec jedzie 20 min, a bilet z rowerem  kosztuje 6 zł. I to jest informacja. Na pewno wykorzystamy to połączenie nie raz. 🙂

Trasa: Nowy Sącz – Męcina – Limanowa – Nowe Rybie – Tarnawa – Łapanów – Łazany – Wieliczka; Dystans na rowerze: 88 km

Jest jedna rzecz w tym wszystkim, która mnie lekko niepokoi. Im więcej i częściej się tak wyprawiamy tym pozostaje większy niedosyt. Chciałabym zobaczyć jeszcze więcej, jechać jeszcze dalej i na jeszcze dłużej. Pomalutku klaruje mi się w głowie pewien projekt, ale na razie jeszcze cicho SZA. 😉

Całkowity dystans: 90.43 km
Najwyższy punkt: 515 m
Najniższy punkt: -147 m
Średnia prędkość: 15.49 km/h
Pobieranie