Do Rybnika drugie podejście

 

 

DSC_2512

Szukając pomysłu na jakiś weekendowy wyjazd wymyśliłam sobie, że spełnię marzenie Brata i pojedziemy do Rybnika razem 🙂 Wyruszyliśmy w piątek po mojej pracy. Cel był niesprecyzowany. Miałam nadzieję, że uda się dotrzeć do Dąbrowy Górniczej, żeby stamtąd kontynuować wycieczkę przez Strzelce Opolskie do Rybnika. No niestety, przeliczyłam się. Nie wiem co takiego jest w lasach teńczyńskich, że jak tylko przejeżdżam za Rudno tracę orientację. Paweł mówi, że jak sam jedzie to zawsze dobrze wybiera drogę, a jak ze mną to zawsze skręcimy nie tak. Tym razem przez małe zagubienie zastała nas w lesie noc, więc staraliśmy się dotrzeć do miejsca, które znamy, czyli nad Chechło. Oczywiście deszcz zaczął padać jak tylko wyszliśmy z domu i nie odpuszczał. Za to jak przyjechaliśmy nad jezioro, ledwo zdążyliśmy rozbić namiot i przyszła burza. Przynajmniej wiemy, że nic mu nie straszne i nie przecieka, a to bardzo dużo 🙂 Wieczorny przejazd kończymy na 56 km, chociaż podobno nad Chechło jest 46. 😀

W sobotę rano wstaliśmy i co prawda pogodnie nie było, ale deszcz nie padał a to dużo. Gorący kubek na śniadanie i zaczęliśmy się zwijać. Jak już byliśmy gotowi do drogi to zaczęło padać. Co to jednak dla nas. Postanowiliśmy jechać, bo do celu daleko i nie ma na co czekać. I tak sobie jechaliśmy w deszczu i co chwilę robiliśmy przerwy na przystankach, żeby trochę obcieknąć. Stawaliśmy, przestawało padać. Ruszaliśmy i zaczynało. No ej… W końcu koło południa, czyli gdzieś tak w okolicy Sosnowca deszcz się skończył i zaczęło się wypogadzać. Przez Sosnowiec, tak jak przez kilka innych miejscowości, nie mieliśmy wcale jechać, ale gps chciał, więc tam trafiliśmy. A tam w szarym smutnym miasteczku zaskoczenie. Park im. Jacka Kuronia i mają tam staw, ścieżki rowerowe, a nawet skate park. Pełen wypas. Ludzi co prawda nie było, ale to pewnie pogoda ich odstraszyła. 🙂 Za to następne górnośląskie miasto – Dąbrowa Górnicza, mnie strasznie rozczarowało. Nic tam nie znaleźliśmy, ale że bardzo mieliśmy ochotę na kawę to przerwę zrobiliśmy w galerii handlowej Pogoria. Dobre było w tym tylko to, że kawa w Empiku zawsze jest smaczna i duża. :)) Kolejny postój zdarzył nam się bardzo szybko, bo już w Będzinie. DSC_2522Mają tam mały, ale bardzo ładny zameczek, w którym do zwiedzania niestety było tylko muzeum, co za bardzo nam nie odpowiadało, więc zrobiliśmy tylko kilka fotek i już chcieliśmy jechać, kiedy zaczepiła nas pani od pamiątek. Przeurocza osoba, Pani Ala, poopowiadała nam że kiedyś też dużo podróżowała, tylko autostopem. I tak się rozgadaliśmy, że spędziliśmy z nią 20 minut. Na pożegnanie kupiliśmy dwa aniołki malowane przez nią na korze dębowej. Z aniołami i życzeniami szczęśliwej podróży pojechaliśmy dalej. 🙂 I tak jechaliśmy i jechaliśmy, aż dojechaliśmy do miejscowości Orzech. Hasła: „ZAMIESZKAJ W ORZECHU” i „DZIAŁKI W ORZECHU” rozbawiły mnie do tego stopnia, że musieliśmy zrobić przerwę na jedzenie w jakimś przydrożnym fast foodzie. Zamawiając tam kiełbasę z grilla, nie spodziewaliśmy się kiełbaski leszczyńskiej z bułką hot-dogową i sałatką. Znaczy obiad był raczej marny. Później jeszcze Tarnowskie Góry, baaardzo długi przejazd przez Zabrze i zaczęło się ściemniać. W Zabrzu fajne było to, że przez całe miasto przejechaliśmy ścieżką rowerową. Prawdę mówiąc rowerzyści chyba rzadko z niej korzystają, ponieważ żadnego nie widzieliśmy, było za to dużo biegaczy i osób z pieskami. Jako, że już wcześniej postanowiliśmy dojechać w tym dniu do Rybnika to nie zatrzymywaliśmy się już po drodze, tylko pruliśmy naprzód. I udało się, dojechaliśmy. Było grubo po 22, więc ruszyliśmy na poszukiwanie jakiegoś kempingu, bo przecież jak jest jezioro to muszą być kempingi. W rezultacie na kempingi dotarliśmy dwa, ale niestety oba nie działające już od dłuższego czasu. Informacje jednak mówiły co innego. Szukając trafiliśmy w końcu na jakiś hotel (o 1 w nocy), w którym w dodatku nie było miejsc. Odesłali nas gdzieś dalej, i tak wreszcie jak udało nam się znaleźć nocleg to była już prawie 3. Szybki prysznic, szybka kolacja i szybkie spanie.Licznik pokazuje 224 km, co daje przejechane 168km. Paweł mówi, że można więcej, ale ja swój rekord dzienny pobiłam. 😀

DSC_2574

DSC_2588

Niedziela przywitała nas słońcem 🙂 Spaliśmy tak długo, że prawie spóźniliśmy się na śniadanie. Po wczorajszej przejażdżce byliśmy tak zmęczeni, że na rybnickim rynku spędziliśmy ponad dwie godziny i wcale nie chciało nam się jechać. Ale do Krakowa trochę kilometrów zostało, więc mocno się ociągając w końcu wyruszyliśmy. Droga jak to droga, czasami ciekawie, czasami mniej i tak sobie jechaliśmy aż dotarliśmy do Paprocan. A tam piękny pałacyk myśliwski, las, jezioro i grill, więc długo się nie zastanawialiśmy i zrobiliśmy przerwę na krupnioki 😉 I znowu, tak nam się tam dobrze siedziało, słoneczko świeciło i w ogóle taka leniwa niedziela, że prawie zapomnieliśmy, że trzeba wracać. Późno wyjechaliśmy, więc liczyliśmy się z tym, że w domu też będziemy późno, tylko nie przypuszczaliśmy, że aż tak. Niestety jazda po ciemku, przez jakieś pola, nawet jak zna się trasę, zajmuje trochę więcej czasu niż w ciągu dnia. A i siły też już były nie te. Odpuściliśmy więc wszystkie sugestie gpsa i wracaliśmy główną  drogą, byle dotrzeć jak najszybciej do Krakowa. Najgorsze, że droga monotonna, oczy się przymykały i potworne zmęczenie mnie dopadło, więc też nie jechaliśmy tak szybko jak chcieliśmy. Ale dotarliśmy szczęśliwie i już o 2.30 byliśmy w domu. Ktoś oczywiście przez to wszystko zaspał do pracy, ale to już inna historia…

Licznik mówi, że z Rybnika do Krakowa jest 147 km. Wycieczkę zakończyliśmy po przejechaniu 371 km, czyli całkiem nieźle jak na dwa i pół dnia. 🙂

DSC_2595

aha no i jeszcze że 10 stopni w nocy było
i ze bunkier zwiedzaliśmy
no widzisz ile sie działo
szkoda że nie działał blog w czasie drogi


Pokaż do Rybnika na większej mapie

    Zdjęcia z wycieczki można zobaczyć w galerii