WIEKOPOLSKA ŚWIĄTECZNA


Świeżo po kursie instruktora turystyki rowerowej, postanowiłam zaplanować świetną wycieczkę przez cztery województwa z dojazdem w jedną stronę pociągiem i powrotem do Krakowa na rowerach. Akurat zbliżały się Święta Wielkanocne, więc kilka dni wolnego, a przy okazji nie-byle-jaka rocznica, bo 40 urodziny Brata. 🙂 Oczywiście nie obyło się bez przeszkód, ponieważ dwa dni przed wyjazdem dość mocno się pochorowałam. Dobrze, że jest dostęp do super mocnych leków, więc w dzień, na który mieliśmy bilety czułam się już „w miarę”. Tak więc wsiedliśmy w nocny pociąg do Szczecina i pojechaliśmy zwiedzać kolejny, jeszcze przez nas nieodkryty kawałek Polski.DSC_8078
Po ponad 8 godzinach w pociągu, i ok. godzinie snu na głowę, wysiadamy o 7 rano w miejscowości Krzyż Wielkopolski. No i nie zaczyna się dobrze. Pada deszcz, temperatura 4 stopnie C, nie ma gdzie siąść i kawy wypić, a do tego okazuje się, że GPS nie współpracuje. A na tą ostatnią okoliczność nie za bardzo jesteśmy przygotowani. Mapa, którą mam niestety nie jest dość dokładna, więc na początku trudno nam się odnaleźć. No i jesteśmy zmuszeni jechać raczej głównymi drogami, żeby się za bardzo nie pogubić. Cel pierwszy to dojechać do Warty, gdyż szlak nadwarciański jest główną atrakcją wycieczki. Na mapie udaje się dotrzeć do Międzychodu, gdzie poznajemy sympatycznego Pana Waldka, który później chodzi za nami po miasteczku i „przypadkiem” spotykamy się kilka razy. Po objechaniu Międzychodu kilka razy w koło trafiamy wreszcie na niebieski szlak. Pierwsze wrażenia z Wielkopolski są bardzo mieszane: ludzie super sympatyczni, ale stan dróg okropny, no i wszędzie płasko. Szlak nadwarciański za to oznaczony świetnie, co bardzo nam pomaga bo bez GPSa jechać byłoby ciężko. Rozprawiając właśnie na ten temat, zupełnie straciwszy czujność jedziemy za szlakiem, który zjeżdża nam z głównej drogi w jakąś gruntówkę. I to jest błąd. Dużo kilometrów ciągnie się droga, której nie ma, ale jest za to dużo dziur, wybojów i piasku (a jakże!). Tym sposobem po dość długim czasie docieramy do wsi Chojno Młyn, przeklinając na czym świat stoi, ale oboje wiemy, że tą nazwę zapamiętamy na długo. Do Wronek już niedaleko, a że zaczyna się robić późno, mamy nadzieję na jakiś miły nocleg. Niestety jak to często bywa, poza hotelem, na który nas nie stać, nie mają Wronki do zaoferowania nam żadnego miejsca do spania. Po nieprzespanej nocy i całym dniu w deszczu i zimnie, niezbyt mamy ochotę na spanie w namiocie. Ustalamy więc, że jedziemy na dworzec PKP i może uda się podjechać gdzieś pociągiem. Już po 1,5 godzinie czekania wsiadamy w pociąg do Poznania i decydujemy, że wysiądziemy w Szamotułach. Dzięki uprzejmości Pana Kierownika pociągu, któremu nie chce się do nas podejść, jedziemy za darmoszkę. 😉 W Szamotułach trafiamy do hotelu-motelu przy stacji benzynowej, który z powodu świąt jest niestety nieczynny i pusty, ale za to gotowy na przyjęcie gości.DSC_8033
Kolejny dzień – Wielka Sobota – wita nas słońcem. Po pożywnym śniadaniu złożonym z chleba z pasztetem, ruszamy w dalszą podróż. Szybko zwiedzamy Oborniki i jeszcze szybciej docieramy do Poznania. Rynek w stolicy Wielkopolski zachwyca. Jest tak ładny, że objeżdżamy go kilka razy, robiąc masę zdjęć. Przez większość dnia jedziemy ścieżką nad samą Wartą, więc dość często stajemy na krótkie postoje i jak zawsze spotykamy dużo ludzi, którzy pytają o podróże z sakwami i w ogóle jest miło i przyjemnie. Kiedy słońce zaczyna zachodzić czas się rozglądać za noclegiem. Zachęceni okolicznościami nadwarciańskiej przyrody decydujemy się na nocleg nad rzeką. Wieczór jest dość ciepły, ale wraz z nadciągającą nocą robi się coraz chłodniej. Rozpalamy więc małe ognisko, żeby się trochę zagrzać i przygotować kolację. Zasypiamy ubrani we wszystko co mamy, ale i tak trochę marzniemy. W środku nocy budzą nas jakieś dziwne odgłosy zwierząt – prawdopodobnie bobrów, co wpływa też na jakość snu. Naprawdę udaje nam się zasnąć dopiero nad ranem, kiedy słońce wschodzi i podnosi się temperatura.DSC_8045
O poranku w Wielką Niedzielę, okazuje się, że była zmiana czasu i wstajemy dopiero o 9:30, a pierwsi spacerowicze pojawili się już nad rzeką. Zwijamy więc bardzo szybko namiot i jedziemy. Szlak wiedzie nas najpierw przez wsie – tutaj krajobraz przypomina ten nadwiślański, w większości są to małe rolnicze wioski. Ludzie patrzą na nas trochę dziwnie, no bo to przecież Wielkanoc, najważniejsze święto w katolickiej Polsce, a my zamiast z rodziną do kościoła i za stołem siedzieć, to włóczymy się z wyładowanymi sakwami. Ale to już co kto lubi. 🙂 W Śremiu szlak wjeżdża na wał i przez kilka kilometrów próbujemy nim jechać, jednak dużo nierówności męczy nas w końcu i zjeżdżamy do wsi, starając się jechać wzdłuż Warty, tak jak to tylko możliwe. Ponieważ poprzednia noc dała nam trochę w kość, o spaniu pod namiotem w ogóle nie myślimy. Po kilku nieudanych próbach znalezienia noclegu w jakiejś agroturystyce, dociera do nas, że jedyną opcją jest hotel. A, że dzień jest i świąteczny i urodzinowy to nadszarpujemy budżet i noc spędzamy w miejscowości Żerków w Mickiewiczowskim Centrum Turystycznym, jako jedyni goście. Rano dostajemy świąteczne śniadanie w takiej ilości, że siedzimy przy stole prawie godzinę. 🙂DSC_8069
Ponieważ pogoda robi się niepewna, do tego jest mocno wietrznie, decydujemy się zmienić trochę plany i jedziemy tak, żeby w razie czego mieć niedaleko na ewentualny pociąg do Krakowa. Tak nam upływa kolejny dzień. Wszystkie serwisy pogodowe straszyły nas burzami, a mimo to pogoda utrzymała się piękna i słoneczna. Tak zwiedzamy sobie Jarocin, Pleszew i Raszków, aż pod wieczór dojeżdżamy do Ostrowa Wielkopolskiego, gdzie zatrzymujemy się na noc w domu wynajmowanym pracownikom z Ukrainy. Atmosfera jest bardzo miła, ale dość specyficzna. Rano czekamy, aż wszyscy mieszkańcy pójdą do pracy i szybciutko odjeżdżamy. Wracamy na Rynek, żeby napić się kawy i może coś zjeść. Jednak ceny na śniadania w Ostrowie są wyższe niż krakowskie, więc siadamy tylko przy kawie i ustalamy kolejny, ostatni już, odcinek naszej wycieczki. Wybór pada na Ostrzeszów. Do pokonania jest trzydzieści kilka kilometrów, więc jedziemy powoli i spokojnie, wiedząc, że będziemy tam wczesnym popołudniem i jeszcze przed podróżą pociągiem będzie czas na zwiedzanie. Ponieważ Wartę zostawiliśmy już za sobą, nie jedziemy żadnym szlakiem, ale mamy do pomocy GPSa, który przestał się na nas gniewać i postanowił nam pomóc we w miarę sprawnym pokonaniu ostatniego etapu. 🙂 Po drodze zatrzymujemy się najpierw nad stawem Trzcielin, gdzie zjadamy śniadanie, a później w Antoninie, przy pałacyku myśliwskim Radziwiłłów z XIXw. Cały czas bardzo wieje, a my oczywiście jedziemy pod wiatr, więc prędkości szałowej nie rozwijamy, ale czasu mamy dużo, więc nas to nie martwi. Kilka kilometrów przed Ostrzeszowem, konkretnie we wsi Myje zaczynają się zbierać nad nami burzowe chmury, więc mimo wiatru ciśniemy jeszcze mocniej, byle zdążyć przed deszczem. I co? I zabrakło nam dosłownie 3 km. W momencie rozpętuje się burza z gradem, schować się nie ma gdzie, więc trzeba jechać. Grad wali w ręce i rower, temperatura spadła z 18 do 5 stopni i przez moment zrobiło się nieciekawie. Ale kiedy wjeżdżamy na Rynek w Ostrzeszowie, już tylko lekko kropi. Przemoknięci i zmarznięci jedziemy na dworzec, zmienić skarpetki i trochę się doubierać. Sprawdzamy, że do pociągu, którym chcemy jechać mamy jeszcze 3 godziny, ale pada pomysł, żeby może kupić od razu bilety. I tu pojawia się kolejny problem. Nie braliśmy pod uwagę, że we wtorek po Świętach może nie być miejsc w pociągu. A jednak. Do IC, potrzebne są miejscówki, których brak. Całe szczęście, przesympatyczna Pani w kasie zaczyna szukać nam alternatywnej trasy. I tak zamiast wsiąść w pociąg prosto do Krakowa, mamy podróż kombinowaną z dwoma przesiadkami po drodze. I co dziwne wyjeżdżamy pół godziny później niż było zamierzone, ale za to w Krakowie mamy być wcześniej. Pierwszą przesiadkę mamy w Kluczborku z godzinnym czekaniem na kolejny pociąg. A ponieważ pierwotnie mieliśmy przejechać przez Kluczbork, postanawiamy, że wykorzystamy ten zapas czasowy na szybkie zwiedzanie. Kiedy dojeżdżamy na Rynek zaczyna padać deszcz, ale bardzo szybko się kończy i wychodzi tęcza. Nie dość więc, że udało nam się zobaczyć kawałek miasta, to jeszcze załapujemy się na idealne, podeszczowe ujęcia Ratusza z tęczą w tle. Wracamy na dworzec, wsiadamy w pociąg i jeszcze tylko z jedną przesiadką w Lublińcu (gdzie już nie ma czasu na zwiedzanie), w ścisku i tłoku, ale planowo dojeżdżamy do Krakowa.DSC_8194
Szlak nadwarciański spodobał nam się bardzo. Zdecydowanie na duży plus zasługuje to, że jest on dobrze oznaczony i trudno się zgubić oraz to, że w większości biegnie nad rzeką, przez pola, łąki i lasy, omijając główne drogi. Na pewno jeszcze tam wrócimy, być może nawet niedługo, gdyż powstał już plan przejechania go całego – od źródła Warty w Zawierciu, aż do Kostrzyna, gdzie wpada do Odry. Ale najpierw przypomnimy sobie jak się jeździ po górach i pogórzach na południu Polski. 🙂


DZIEŃ 1: Krzyż Wielkopolski – Drezdenko – Międzychód – Sieraków – Chojno – Wronki – pociągiem do Szamotuł – 118 km
DZIEŃ 2: Szamotuły – Oborniki – Łukowo – Czerwonak – Poznań – Puszczykowo (gdzieś nad Wartą) – 87,8 km
DZIEŃ 3: Puszczykowo – Mosina – Sowiniec – Śrem – Nowe Miasto nad Wartą – Żerków – 90 km
DZIEŃ 4: Żerków – Wilkowyja – Jarocin – Prusy – Pleszew – Raszków – Ostrów Wielkopolski – 95 km
DZIEŃ 5: Ostrów Wlkp. – Janków Przygodzicki – Antonin – Myje – Ostrzeszów – Kluczbork – Lubliniec – Kraków – 65,5 km rowerem
W sumie 456,3 km.